W sezonie MotoGP panuje obecnie dość długa przerwa. Zawodnicy udali się na zasłużone wakacje, krótsze lub dłuższe urlopy, przy okazji zasypując fanpage i instagramy różnymi migawkami ukazującymi, jak się bawią i gdzie.

Tymczasem my, fani serii, przeżywamy istne katusze na myśl o tym, że kolejny moto weekend nadejdzie dopiero w sierpniu, a będzie to słynne (i szczególnie bliskie polskim fanom) Brno. Tak długa rozłąka z MotoGP powoduje u mnie nostalgię i przywoływanie wspomnień z minionego miesiąca, kiedy to zrealizowało się moje ogromne marzenie. Ale po kolei.

Był chyba styczeń. Szarobure, niedzielne popołudnie, dopadał mnie już syndrom zbliżającego się poniedziałku. Zamulałam przed laptopem. Z nudów postanowiłam wejść na jakąś stronkę z konkursami i wziąć udział w kilku z nich. Tak, po prostu, a nuż wygram. Tym sposobem zawalczyłam o zapas makaronu, patelnię, naszyjnik… aż wreszcie moim oczom ukazał się konkurs organizowany przez Monster Energy, gdzie nagrodą był wyjazd do Barcelony na rundę MotoGP. W zasadzie o niczym innym nie marzyłam. No to jedziemy – pytanie konkursowe – komu kibicujesz i dlaczego. Bardzo mała ilość znaków. Ale ja nie miałam większych problemów:

“Kibicuję Vale. Za niebywałą charyzmę, talent, czarowanie każdym swoim okrążeniem, podejście do fanów, włoski pazur i to coś, co z całej stawki MotoGP posiada tylko on. To coś, co powoduje, że jego fanów dosięga żółta, nieuleczalna gorączka.”

Pozostało jeszcze tylko do końca marca zakupić Monstera i zachować paragon. Zrobiłam to chyba w przedostatni możliwy dzień, przy okazji, na stacji benzynowej, na zasadzie „jakbym jakimś cudem wygrała”. Ale w to nie wierzyłam, kompletnie.

No i później taka sytuacja.

Jedziesz sobie samochodem do domu po dość monotonnym dniu w pracy, z bolącą głową i brakiem sił. Dzwoni telefon, jakiś nieznany numer. Oho, pewnie znowu jakieś głupie oferty… Odbierasz i bez emocji mówisz “tak, słucham…”. A miła pani po drugiej stronie informuje Cię, że… wygrałaś w konkursie Monster Energy i lecisz na weekend do Katalonii na caluteńką rundę MotoGP!…

Ilość przeżyć i wspaniałych chwil jest nie do opisania. Nie wspominając o niesamowitych osobach z wszystkich stron świata, które było mi dane poznać. Miałam jedyną i niepowtarzalną okazję zobaczyć MotoGP „od kuchni”. Doświadczyć na żywo wyścigów w jednym z najlepszych miejsc w kalendarzu – w Katalonii. Kibicować, zdzierać gardło, emocjonować się każdym okrążeniem. I choć to nie było pierwsze, a drugie MotoGP na żywo w mojej karierze (a pierwsze było Brno) – to jednak właśnie w Katalonii miałam możliwość przeżyć wszystko bardziej, lepiej, zobaczyć ten świat z bliska. Ten cały wyjazd tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że czas najwyższy odkładać kasę i planować kolejne odwiedziny na innych torach… A teraz pozostawiam jeszcze kilka kadrów z jednego z najpiękniejszych weekendów w moim życiu, no i przesłanie: warto próbować, nawet jeśli coś w danej chwili wydaje się absolutnie niemożliwe. Nigdy nie wiadomo, co przyniesie los. Pewne jest tylko jedno – jeśli nie spróbujesz, wtedy na pewno nie wygrasz 🙂 .

Świetnie było zobaczyć motocykle Valentino Rossiego i Mavericka Vinalesa z bliska. Mogłam wreszcie przyjrzeć się na żywo detalom i mojej ulubionej grafice zwierzątek Vale, która zwykle skrywa się za plecami Doctora.

Tor w Katalonii robi ogromne wrażenie…

W oczekiwaniu na swojego idola… wytrwali fani nie odstępowali od barierek oddzielających team Movistar Yamaha od reszty świata 🙂 .

Moto2 na chwilę przed startem. Ostatnie przygotowania.

Bohater tamtego weekendu – Alex Marquez. Tutaj jeszcze na pole position.

…a tutaj już na szczycie podium 🙂 .

Vale i Uccio przed startem królewskiej kategorii. Tamten weekend nie był dla niego szczególnie udany. Startował z odległego pola startowego, by ostatecznie nieco się przebić podczas wyścigu i zakończyć na ósmej pozycji. Mimo to świetnie było zobaczyć go w akcji.

Jorge Lorenzo w nowych barwach. Wtedy ostatecznie tuż za podium, na czwartym miejscu, co dla tego zawodnika jest świetnym wynikiem, biorąc pod uwagę trudną drogę, jaką musi przejść pod skrzydłami Ducati.

W garażu Monster Tech3, gdzie miałam okazję być dosłownie chwilkę, ale było to przeżycie nie do opisania 🙂 na zdjęciu po lewej z przesympatyczną panią inżynier przy motocyklu Jonasa Folgera – który notabene radzi sobie ostatnimi czasy bardzo dobrze i jest blisko czołówki.