Po tym, jak pełna zachwytu wróciłam z Oslo w 2015 roku, wiedziałam, że muszę odhaczyć także inne norweskie miasta. I właśnie od tych dwóch lat po głowie chodziło mi odległe Bergen. Wszystko sprzyjało – tanie i bezpośrednie loty z Katowic, trochę zaoszczędzonej kasy, sporo wolnego czasu. A jednak ten pomysł ciągle spadał na samo dno listy podróżniczej. Wreszcie jednak się udało. Jestem w Bergen. Mam już za sobą dzień spędzony w górach, a teraz stoję w centrum miasta, rozglądam się i niewiele myśląc, ruszam przed siebie. Wiem, że mimo pojawiającego się co jakiś czas deszczu, uda się poczuć urok tego miejsca.

W centrum miasta znajduje się park miejski, wraz ze zbiornikiem wodnym Lille Lungegardsvannet. W tle widać szczyt Ulriken, na którym poprzedniego dnia zakończyłam swoją górską wycieczkę. Przemieszczam się w stronę portu. Pojawiają się przede mną pierwsze targowiska rybne, z których również słynie Bergen.
Wreszcie moim oczom ukazuje się słynne Bryggen, wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jest to kompleks hanzeatyckich budynków handlowych, z których pierwsze powstały już w 1360 roku. Bryggen z oddali robi duże wrażenie, szczególnie ze względu na intensywne kolory domków. Z bliska, no cóż, są to po prostu budynki praktycznie w pełni przeznaczone na sklepy z souvenirami. Jednak bardzo ciekawe jest wejście wgłąb, gdzie można przyjrzeć się tej niesamowitej konstrukcji i poczuć ten specyficzny zapach drewna, które tworzy ten XIV-wieczny kompleks.

Bergen, niezależnie od tego, gdzie o nim czytam, zawsze jest opisywane jako bardzo deszczowe miejsce. Istnieją nawet dowcipy wśród okolicznych mieszkańców z tym związane.

Turysta: Rany, czy tutaj zawsze tak pada?!
Mieszkaniec Bergen: a pada?

Turysta: Czy pamiętasz chociaż jeden dzień, kiedy tutaj nie padało?!
Mieszkaniec Bergen: no rzeczywiście, nie pamiętam… ale ja mam dopiero 15 lat!

…i tego typu inne sucharki. Jakoś nie mogłam uwierzyć w tę legendarną aurę Bergen, zwłaszcza, że w dniu mojego przyjazdu pogoda była wręcz idealna. Szybko jednak okazało się, że bardzo dobrze zrobiłam wybierając się w góry już w pierwszy dzień. W każdy kolejny z zapierających dech w piersiach widoków byłyby nici. Przekonałam się na własnej skórze, że deszcz w Bergen jest rzeczywiście niemal nieustający. Bo jeśli nie pada, to mży, jeśli nie mży, to mamy ścianę deszczu. I tak bez końca. Albo się przyzwyczaisz, albo wyjedziesz szybciej, niż przyjechałeś. Polecam jednak się nie zrażać, po prostu zaopatrzyć się w dobrą przeciwdeszczówkę. Bo całodniowe używanie parasola jest po prostu niewygodne. Bardzo zazdrościłam Norweżkom pięknych, bardzo charakterystycznych nieprzemakalnych płaszczyków. Dosłownie wszystkie panie je nosiły. Jak widać, moda też dopasowuje się do warunków atmosferycznych danego kraju 🙂 . I tak, w deszczowej aurze uchwyciłam kilka poniższych kadrów.

Trzeba koniecznie wspomnieć o florze, która w trakcie mojego pobytu przeżywała swój najlepszy czas. Wszystko wokół rozkwitało, kwiaty nabierały najintensywniejszych barw i powodowały, że w mieście zrobiło się niezwykle kolorowo.

Była flora, to musi być i kilka słów o faunie. Co prawda nie było mi dane zobaczyć lokalnych gatunków zwierząt na wolności, jednak udało się to w pewien sposób zrekompensować. W ostatni dzień udałam się do Akvariet, czyli małego parku zoologicznego, zlokalizowanego nieco poza ścisłym centrum. Mówiąc szczerze, nie ma sensu planować tam długiego pobytu, obiekt jest bardzo mały. Mimo wszystko jednak warto było tam zajrzeć, choćby po to, by pooglądać przezabawne pingwiny, czy pokaz tresury fok. Wewnątrz z kolei z bliska przyjrzałam się różnym gatunkom ryb, gadów i … motyli 🙂 . Mieszanka wybuchowa, ale trochę egzotyki w ponury dzień dobrze mi zrobiło.

Niezależnie od tego, w jakim mieście jestem, zawsze moją uwagę zwraca street art. Również w Bergen udało mi się dostrzec kilka wymownych malowideł, ukrytych w mniej uczęszczanych ulicach.

W Bergen daje się poczuć atmosferę podobną do tej, jaką miałam okazję doświadczać przez pięć lat mojej studenckiej kariery w Krakowie. Studentów jest tu sporo, spotyka się ich na każdym kroku. Wszystko dlatego, że wyróżniają się z tłumu charakterystycznym ubiorem, odzwierciedlającym za pewne przynależność do stowarzyszeń.

Nie darowałabym sobie, gdybym nie powtórzyła tej mojej spacerowej trasy porą wieczorową. Swoją droga musiałam na ów wieczór sporo poczekać, bo zachód słońca w połowie maja miał miejsce około godziny 23:00. Było jednak warto, miasto nabiera wtedy przyjemnego klimatu, a niemal każdy budynek jest rozświetlony przez neony i lampy. Samo Bryggen również prezentuje się o wiele piękniej, kiedy kolorowe światła odbijają się w wodzie, a znajdujące się w tle wzniesienia kontrastują z barwnymi domkami.

W ten sposób minęły trzy wspaniałe dni, których nie sposób zapomnieć. Była to moja druga samotna wycieczka do Norwegii, jednak zdecydowanie bardziej produktywna, niż ta w Oslo. W nadziei, że jeszcze wiele odwiedzin w Skandynawii przede mną, zabieram się już powoli za pakowanie walizek. Co tym razem? Długo wyczekiwany urlop! Jeszcze tylko dwa tygodnie…