Warto rozpocząć na nowo prowadzenie strony fotorelacją z jednego z najpiękniejszych miejsc, jakie było mi dotychczas dane zobaczyć. Spontaniczne decyzje z reguły są tymi najlepszymi i najlepiej wspominanymi, zwłaszcza gdy jednocześnie przyczyniają się do realizacji największych marzeń.

Tak właśnie było z Bergen – miejscem, które od dawna chciałam zobaczyć, a które ciągle było zrzucane na dalszy plan, na później. Przychodzi jednak taki moment w życiu, kiedy to ma się ochotę rzucić to wszystko i wyjechać w przysłowiowe Bieszczady. Ja Bieszczady zamieniłam na to piękne norweskie miasto i po powrocie wiem, że ten samotny weekend spędzony w stolicy Hordalandu był najlepszą decyzją, jaką w ostatnim czasie podjęłam.

Pierwszy dzień z trzech był bardzo łaskawy pod względem pogodowym (Bergen słynie z nieustającej wręcz, deszczowej aury, zatem błękitne niebo to rarytas), dlatego niewiele myśląc wybrałam się w okalające miasto góry. Bergen jest zwane miastem 7 szczytów, a część z nich można przemierzyć udając się na popularny szlak Vidden, łączący szczyt Floyen ze szczytem Ulriken. Oto, jak wyglądał mój dzień w krainie przepięknych krajobrazów, błogiej ciszy i możliwości pobycia z samą sobą, pośród natury.

Początek mojej górskiej podróży – widok ze szczytu Fløyen, na który można również dostać się kolejką wyruszającą z miasta. Jednak ilość osób czekających na zakup biletu na szczęście skutecznie odstrasza, dzięki czemu sporo turystów decyduje się na około 30-minutowy spacer na tę górkę – początkowo schodami wiodącymi z samego centrum Bergen, następnie już szlakiem.

Wokół wszechobecna zieleń napawa do dalszej wędrówki. Jest tak, jak zawsze kojarzy mi się Skandynawia – wszystko w pięknym otoczeniu natury, która jest bardzo szanowana przez tutejszych.

Jestem coraz wyżej, a widoki powoli zaczynają naprawdę zachwycać. Moim oczom po raz pierwszy ukazuje się wciąż odległy szczyt Ulriken, czyli mój cel. Aby do niego dotrzeć, muszę pokonać jeszcze kilkanaście kilometrów. Jednak postanawiam jeszcze nieco zboczyć ze szlaku Vidden, po to, by wdrapać się na Blåmanen.

Decyzji nie żałuję – skalisty szczyt Blåmanen daje mi wreszcie prawdziwy obraz tego, co mnie jeszcze czeka – a więc surowego, pięknego klimatu norweskich gór. Odwracam się jeszcze raz za siebie, żeby uchwycić widok na miasto, a następnie ruszam dalej, gdzie zaczyna robić się coraz bardziej dziko, gdzie można się poczuć zupełnie poza cywilizacją, wreszcie – gdzie mijam coraz mniej ludzi. Jestem sama ze sobą i swoimi myślami.

Temperatura oscyluje około 8 stopni Celsjusza, wiatr nie jest zbyt silny. Ku mojemu zaskoczeniu jest niezwykle cicho. Początkowo wręcz przytłaczająco cicho, szybko jednak przyzwyczajam się do tego spokoju i już żałuję, że nie mogę go zabrać ze sobą 🙂 .

Im bardziej zbliżam się do Ulriken, tym piękniej. Bardzo często muszę przekraczać małe stawy, które przecinają szlak, czasami nawet omijać je bardzo nadkładając drogi, bo nie sposób inaczej przedostać się dalej. Dzięki temu z tych 13 kilometrów obiecanych na znakach z początku trasy – ostatecznie zrobiłam 20 🙂 . Mam już za sobą Rundemanen, odczuwam pierwsze większe zmęczenie ale i coraz większą radość. Na jednym ze wzniesień w samotności postanawiam coś na szybko przekąsić, a pustą butelkę uzupełniam w pobliskim strumieniu (znaki na szlaku przypominają, że woda jest całkowicie zdatna do picia) i czując się jak jakiś Bear Grylls – ruszam dalej.

Na ostatnich pięciu kilometrach zaczynam mijać trochę więcej ludzi. Głównie to lokalsi. Otóż Norwegowie całą trasę Vidden lubią… przebiec. Tak, ja ostatkiem sił przebieram nóżkami, a ci wariaci pędzą od strony Ulriken w przeciwną stronę. Pozazdrościłam nie tylko świetnej kondycji i przepięknego miejsca do treningów, ale jeszcze dodatkowo świetnych ciuchów trekkingowych skandynawskiej marki Norrøna, z charakterystycznym wikingiem w logo. Jest lans. Niemniej jednak walczę i mijam kolejne słupki skalne stanowiące jakby check pointy na trasie do celu.

Po drodze mijam jeszcze resztki śniegu, oczywiście nie opieram się pokusie i odbijam w nim ślady swoich stóp 🙂 . Ulriken zaczyna się jakby oddalać w moich oczach, ale każda, nawet najpiękniejsza trasa, ma niestety gdzieś swój koniec.

Moim oczom ponownie ukazuje się niesamowite Bergen. Cały dzień w górach zaliczam jako jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu. I nie ma w tym żadnej przesady. Pozytywne zmęczenie, niezwykłe doznania, bycie pośród nietkniętej ludzką ręką natury, odkrywanie niesamowitości Norwegii, pierwsze próby fotografowania nową lustrzanką. Nie trzeba mi było niczego więcej. Z Ulriken dostałam się w dół kolejką, a do centrum autobusem. Przede mną były wciąż dwa dni na eksplorację miasta. Relacja z Bergen wkrótce na blogu 🙂 .